10:55

Świat płonie przed naszymi oczami - "Ameryka w ogniu" Omar El Akkad

Świat płonie przed naszymi oczami - "Ameryka w ogniu" Omar El Akkad

Ameryka w ogniu 

Cykl: -

Autor: Omar El Akkad 

Wydawnictwo: W.A.B.

Strony: 463 strony 

Tytuł oryginału: American War 

Rok wydania: 2018 rok 

Poprzednie recenzje: - 

Mawiał, że jedynymi pewnymi zawodami są te związane z krwią: chirurg, żołnierz, rzeźnik. Dodawał, że rozmaite branże powstają i upadają, ale tak długo, jak na ziemi żył będzie chociaż jeden człowiek, nigdy nie skończy się zapotrzebowanie na specjalistę od krwawej profesji. I chyba miał rację.

Jak przestanę oglądać książkowe kanały na yt to może nadrobię książki, które mam na swojej liście. Jak na razie, czytam nowe i często też to, co wpadnie mi w ręce bez żadnego planu. 

Ameryka w ogniu opowiada o drugiej wojnie secesyjnej, która wybucha w Stanach Zjednoczonych w 2074 roku. Książka nie jest jednak relacją z bitw i walk, lecz opowieścią o rodzinie z Luizjany, która zmuszona jest uciekać przed linią frontu. Historia opowiadana jest z perspektywy sześcioletniej Sarat, która jako niewinne dziecko początkowo nie rozumie tego, co się dzieje, jednak z każdym kolejnym rokiem i wydarzeniem ta niewinność zostaje zamieniona na wiedzę i chęć walki z wrogiem. 

Każde przedstawienie przyszłości to niebezpieczna rzecz dla czytelnika, bo zmusza go do zastanowienia się, czy tak naprawdę nie jesteśmy bliscy tego końca i jak bardzo powieść wiąże się z rzeczywistością, którą mamy teraz. 
Mnie również to nie ominęło i to jeden z największych plusów tej książki. Ona wymusza refleksję, ponieważ wydarzenia w niej przedstawione nie są dalekie od tego, co dzieje się teraz. Na świecie trwają wojny, ludzie umierają z braku wody i jedzenia, a taką bardzo drastyczną różnicą są kraje, w których żyje się spokojnie i w dostatku. 

Omar El Akkad to były korespondent wojenny i jestem w stanie sobie wyobrazić, że to, co opisał w tej historii, widział na własne oczy. Dopiero po zakończeniu książki jestem w stanie docenić cały jej kunszt, a wszystko przez zakończenie. Wojna to naprawdę obrzydliwa i paskudna sprawa, która nigdy nie powinna być wyjściem z sytuacji, ale tak naprawdę rzadko kiedy mówi się o wpływie wojny na pojedynczą jednostkę, którą tutaj jest Sarat, jej brat, matka i siostra, ale też inni uchodźcy i mieszkańcy obozu. 

Towarzyszymy Sarat przez pół jej życia i widzimy, że ona nie jest do końca dobrą osobą, ale też nie możemy pokazać palcem i powiedzieć zasłużyła sobie na wszystko, co ją spotkało. Nie chcę też mówić, że wojna była całkowicie winna, ale chyba to właśnie największe piętno głównej bohaterki. Współczuje jej z całego serca i nie potrafię sobie wyobrazić, co musiała czuć widząc te wszystkie straszne czyny popełnione prawie na jej oczach. 
Dobra kreacja bohaterów, niezależnie od tego czy gościł on przez całą książkę czy jedynie przez kilka zdań. Widzimy różne oblicza i podejścia do wojny; niektórzy próbowali zachować namiastkę normalności w obozie, a inni całkowicie poddawali się strachowi i smutkowi. 

Dla mnie książka jest dobra warsztatowo i pod względem stylu autora, ale całkowicie łamie serce, jeśli chodzi o samą historię i jej przedstawienie. Wpływ na kolejnych ludzi, na pokolenia to coś naprawdę strasznego. Bardzo polecam, ale nie spodziewajcie się typowej, klasycznej dystopii z dobrem i złem oddzielonym równą kreską, bo to nie to chciał uwzględnić autor i bardzo go za to szanuję. 

13:05

Serialowy zawrót głowy - trochę więcej o tym, co oglądam.

Serialowy zawrót głowy - trochę więcej o tym, co oglądam.
Ostatnio seriale zaczęły odgrywać dosyć dużą rolę w moim życiu, bo oglądam ich naprawdę sporo i są dla mnie rozrywką wtedy, gdy nie mam siły i chęci na zajmowanie się bardziej produktywnymi aspektami mojego życia. Chciałam ogólnie napisać kilka recenzji seriali, które oglądam, bądź oglądałam, lecz na pojedyncze posty będzie tego za mało, więc zbiorowy okazał się jedynym rozwiązaniem w tym wypadku.
Seriale oglądam bardzo zróżnicowane, mało mam zakończonych produkcji, a z niektórymi jestem bardzo do tyłu.


1. Teen Wolf: Nastoletni Wilkołak

Minął chyba rok, odkąd ten serial miał swój definitywny koniec i te świetne wrażenia po nim się zatarły, lecz nadal pamiętam, jak przez pierwsze pięć sezonów byłam zżyta z bohaterami, kibicowałam im i przeżywałam wszystko, co tam się działo. Naprawdę fajnie przedstawiono w nim zmiany, jakie zachodziły w bohaterach od pierwszego odcinka, po każdy kolejny. Chociażby taka Lydia, która początkowo była tylko ładną dziewczyną, trochę złośliwą. Pasowałoby do niej określenie rich bitch, a potem BUM. I mamy banshee, cholernie inteligentną i wrażliwą. Ogólną ocenę serialu psuje sezon 6 i to, jak beznadziejne i nudne były te odcinki w porównaniu do poprzednich. Oni mogli zrobić to lepiej, a hitem i tak jest to, jak laska z TT rozwiązała tajemnicę imienia Stilesa. Nie wiem, kto wpadł na Mieczysława, ale gratuluję...
Ogólnie serial mogę polecić, ale tylko pięć sezonów, bo ten szósty bardzo mnie zawiódł, a ostatni odcinek i ostatnia scena to już w ogóle shit, jakich mało.


2. Buffy: Postrach wampirów 

Pierwszy serial o wampirach, te Pamiętniki i Zmierzchy to się chowają. A tak serio, to mam przeogromny sentyment do tego serialu, tych aktorów i historii, które się dzieją. Oglądałam to jak byłam naprawdę mała i pewnie nie wszystkie odcinki, ale niedawno znowu wróciłam do Buffy i tak zadowolona ze spędzonego czasu nie byłam dawno. Wiem, że na internecie jakość odcinków czasami siada, ale mi to niezbyt przeszkadza i zwracam uwagę raczej ni inne aspekty. Bardziej przemawiają do mnie brzydkie wampiry niż takie, które skrzą się w słońcu lub piją zwierzęcą krew. Myślę, że wiele osób ten serial pamięta i tak mocno polecać go nie trzeba, ale jeśli macie wolne minutki przez cały dzień to na rozluźnienie jest idealny.


3. Fear the Walking Dead

Seriale o zombie próbowałam już oglądać jako czternastolatka, ale po kilku minutach odcinka The Walking Dead sobie odpuściłam, bo zwyczajnie się bałam. W tym roku było trochę lepiej, ale i tak niektóre odcinki nieźle zszarpały mi nerwy. Ta produkcja różni się od swojej matki tym, że przedstawia nam początki epidemii i tego, jak ludzie radzili sobie podczas pierwszych zachorowań, co robili i kim byli, nim to wszystko się zaczęło. Trochę reżyserom nie wyszło, z tego względu, że nadal nie wiadomo, co jest przyczyną epidemii i dlaczego wybuchła, ale sam rozwój bohaterów bardzo mi się podoba. Efekty specjalne robią wrażenie, tak samo jak częstotliwość z jaką giną postacie lub przemieniają się w zombie. Osoby o słabych nerwach raczej nie będą zachwycone, fani mocnych wrażeń mogą się czuć trochę zawiedzeni, bo to nie jest, aż tak przerażającego, jak teoretycznie być powinno. Oglądać się jednak da i dla fanów chodzących trupów bardzo polecam.


4. Riverdale 

Najtrudniejszy serial do ocenienia, a to wszystko przez to, że wrażenia zmieniają się z odcinka na odcinek. Pierwsze dwa sezony umiarkowanie dobre, z lepszymi i gorszymi momentami, ale względnie wyważone. Przychodzi trzeci sezon i dosłownie nie mam pojęcia, co sądzić. Ogólnie odcinek z odcinkiem mało się trzymają kupy, wszystko jest tak jakoś rozbabrane i nierzeczywiste, ALE jest napięcie i oczekiwanie na wszystkie odpowiedzi i wyjaśnienia. Pytania się mnożą, widz nie ma spokoju i czeka na każdy kolejny odcinek naprawdę niecierpliwie. Kim jest Król Gargulców? Czy Varchie się zejdzie? Kevin znajdzie sobie chłopca?
Same pytania, zero odpowiedzi. Może nie na tyle, by spędzić kilka nocy bezsennie, jednak się broni trzeci sezon, a o to chyba chodziło wszystkim. Smaczki to oczywiście również życie prywatne aktorów Riverdale, które również jest całkiem ciekawe.


5. Sabrina 

Ten serial jest ciekawy. Mroczny klimacik, powrót do czasów dzieciństwa, diaboliczna szkoła i to tego lekki trójkącik, który nam się w serialu pojawił sprawiają, że pierwszy sezon obejrzałam naprawdę szybko. Szkoda tylko, że główna bohaterka zaczyna mieć jakiś charakter i wnętrze dopiero w dwóch ostatnich odcinkach, bo tak to jest jakąś głupiutką panienką, która żyje sobie w jakiś wyidealizowanym świecie, gdzie wszystko jej wolno i nic jej nie obchodzi oprócz czubka własnego nosa. Gdyby ci aktorzy byli bardziej charyzmatyczni, tak jak drugoplanowi, na przykład Ambrose, serial zgarnąłby 10/10, a tak to ma ledwo pięć i to trochę naciągnięte. Czekam na drugi sezon i liczę, że jakoś fajnie się rozwinie, a wręcz mam taką nadzieję. Netflix, nie zepsuj tego.
Trochę magii mamy, fajna oprawa i są nawet takie wręcz idealne momenty, więc warto się zapoznać, ale jeśli komuś się nie spodoba, to nie ciągnąć na siłę, bo jednak wspomnienie o tej starszej Sabrinie też jest fajne.


6. Stranger Things 

Trochę nie wiem, co myśleć, bo pierwszy sezon był naprawdę bardzo dobry. Chyba nie mam nic, do czego mogłabym się przyczepić, a to już o czymś świadczy. Przychodzi jednak czas na sezon drugi, pierwsze kilka odcinków i mam takie Ale to nudne. Prawie nic się nie dzieje, mamy jakieś marne retrospekcje i kilkucentymetrowego potworka, którego karmi się czekoladą. Jest Billy, a on to crush, ale te kilka sekund z nim w odcinku nie ratuje niczego. Zatrzymałam się w połowie i naprawdę nie mam pojęcia, czy mam ochotę iść dalej. Wiem, że niedługo będzie trzeci sezon, ale nie wiem, co oni mogą jeszcze wymyślić żeby zaciekawić.
Moim zdaniem mogli zostawić to w pierwszym sezonie z takim zakończeniem, jakie było, a nie kombinować na siłę, bo im nie wyszło.


Mam nadzieję, że taki format posta spodobał się wam, bo ja chyba z serialami zostanę przy takich krótkich recenzjach. Możliwe, że wstawię taką pełną recenzję jakiegoś serialu, ale to będzie musiało być coś naprawdę mocnego żebym się na to zdecydowała. Na razie sześć seriali, potem może ogarnę coś więcej, ale jak na razie kończę. Liczę na komentarze z waszymi ulubionymi lub tymi znienawidzonymi serialami. Może macie inne zdanie niż ja. Podzielcie się nim.

14:51

Alice Sebold "Nostalgia Anioła"

Alice Sebold "Nostalgia Anioła"
Nostalgia Anioła

Cykl: -

Autor: Alice Sebold 

Wydawnictwo: Albatros

Strony: 368 stron 

Tytuł oryginału: The Lovely Bones 

Rok wydania: 2003 rok 

Poprzednie recenzje: - 

Życie to dla nas wieczne wczoraj.

Pierwsza książka roku 2019 i powiem wam szczerze, że od lepszej pozycji nie mogłam zacząć. 
Nostalgię anioła po raz pierwszy obejrzałam trzy lata temu i od tamtej pory notorycznie wracam do tej książki, chcąc jeszcze raz dać się porwać porywającej historii o miłości i wybaczeniu, które nie zawsze jest proste i możliwe. Gdy zauważyłam na bibliotecznej półce dzieło Alice Sebold wiedziałam, że czas na poznanie pierwowzoru. Teraz mogę powiedzieć, że nie żałuję tej decyzji. 

Susie Salmon to jedna z amerykańskich nastolatek, której życie zbytnio nie odbiegało od przyjętych norm, do czasu, gdy została bestialsko zamordowana przez człowieka z sąsiedztwa. Dziewczynka z własnego nieba obserwuje życie swojej rodziny, chcąc pomóc im przejść przez ten ciężki czas i wskazać mordercę, który nadal żyje w ich pobliżu.
Książka przedstawia historię ludzi, którzy zostali doświadczeni przez życie w najgorszy sposób i poszukują sposobu, by nie dać się porwać smutkowi i beznadziei. Odnalezienie nadziei to jeden z głównych przekazów tej książki.

Akcja książki płynie tak, jak życie Salmonów po śmierci dziecka i dzięki temu cała historia zyskuje na autentyczności. Możemy wczuć się w postacie oraz ich uczucia na każdej kartce książki, przeżywać wraz z nimi to, co się stało. Abstrakcyjne przedstawienie całej sytuacji również jest plusem; narratorem jest właśnie Susie i to dzięki niej poznajemy każdego bohatera z osobna.

Autentyczność postaci również jest zaletą. To nie jest wyidealizowane przedstawienie tragicznej historii ze schematycznym happy endem. Kibicujemy rodzicom i rodzeństwu Susie, płaczemy razem z nimi i czujemy wielki smutek widząc, jak wszystko tkwi w miejscu, a morderca nadal jest wolny.
Najbardziej można zżyć się z tatą Susie, który bardzo przeżywa stratę córki i wszystkie następstwa, które idą po tym najgorszym wydarzeniu. Każdy nowy dzień to walka, którą nie zawsze się wygrywa, lecz on każdego dnia stara się być dobrym ojcem dla dwójki swoich dzieci, które są przy nim.

Jestem szczerze zachwycona tą książką, ale i czuje niedosyt z powodu "ukarania" mordercy. Uważam, że jego zbrodnie, te ohydne czyny, które popełniał dla własnej uciechy powinny być inaczej odpłacone. Szkoda mi też rodzin reszty dziewczynek, które straciły przez niego życie. Żadna z nich nie zasługiwała na taki koniec.
____________________________________
Nowy rok. Stara ja.
Witam Was pierwszym oficjalnym postem w 2019 roku. Tym razem recenzja książki, którą osobiście jestem bardzo zachwycona. Jeśli jeszcze ktoś z was nie czytał (film również możecie obejrzeć, ale książka jest bardziej rozbudowana) to niech dopisze ją do swojego TBR-u na najbliższe miesiące. 

17:01

Najlepsze z najlepszych - podsumowanie 2018 roku

Najlepsze z najlepszych - podsumowanie 2018 roku
pinterest

Subiektywne podsumowanie roku 2018, czas start.
Mamy grudzień, święta już się skończyły i teraz wszyscy czekają na ten ostatni dzień roku, w którym niektórzy robią szybki rachunek sumienia, a inni świetnie się bawią i nie przejmują zmieniającą się datą. Chyba nie należę do żadnej z tych grup. Nie jestem zwolennikiem imprez do białego rana i nie do końca lubię roztrząsanie tego co było.
Mimo wszystko uznałam, że podsumowanie roku na blogu pojawi się i będzie dotyczyło bardzo wielu tematów: książek, filmów, muzyki, seriali i moich planów na nowy rok.
Wydaje mi się, że pod względem książek było bardzo dobrze, choć więcej pozycji przeczytałam w pierwszej połowie roku. Druga to przeprowadzka, praca i dorosłe życie, które niezbyt mi wychodzi.
W 2018 roku przeczytałam 68 książek, co jest dla mnie naprawdę dobrym wynikiem, jeśli wziąć pod uwagę, jak mało czasu miałam przez szkołę i prywatne sprawy. Zdarzały się złe książki, ale w ogólnym rozrachunku było ich naprawdę niewiele.

Najlepsze książki 2018 roku 

Morderstwo w Orient Expressie Agatha Christie 

To jedna z pierwszych powieści, które przeczytałam w tym roku i jednocześnie mój początek przygody z Christie. Naprawdę świetny kryminał, z interesującymi postaciami i wielkimi zwrotami akcji. Czegoś takiego nie czytałam wcześniej i później, bo kolejne książki tej autorki nie wpadły mi w ręce, ale na pewno nadrobię to za rok.
Książka cudowna, ale napisana w specyficznym stylu, więc nie wszystkim przypadnie do gustu. Akcja dzieje się w powolnym rytmie, pomimo tego, że od kryminałów większość nas oczekuje szybszego tempa i akcji, która zmienia się po każdym zdaniu.
Osobiście uważam, że Morderstwo w Orient Expressie jest matką wszystkich kryminałów, choć jak wspominałam moja opinia jest jedynie subiektywna.  

Małe kobietki Louisa May Alcott

Klasyk, który poznałam dopiero kilka miesięcy temu i nie mówię tu wcale o książce. Najpierw w moim życiu pojawił się miniserial, który mnie po prostu zachwycił i złamał serce. Musiałam więc przeczytać pierwowzór.
Nie zawiodłam się. Powieść spełniła moje oczekiwania i w pewnym sensie pokazała, że klasyka też jest przyjemna i ciekawa, w co mocno nie wierzyłam po próbie przeczytania Krzyżaków i Lalki.
Jestem pewna, że jeszcze wrócę do tej książki, by przypomnieć sobie ulubione momenty i sceny. Muszę jedynie poszukać sobie jakiegoś ładnego wydania, moje zostało w domu rodzinnym. W żadnym wypadku nie mam zamiaru zabierać go do siebie, jest to również książka, którą bardzo lubi moja młodsza siostra i mama.

Tajemna historia Donna Tartt 

Tajemną historię przeczytałam tylko dlatego, że swego czasu tak głośno było o tej pozycji. Początkowo byłam bardzo ostrożna, bo nieraz zdarzało się, że książka, która podobała się wszystkim, w ogóle nie przypadła mi do gustu. Tym razem jednak zgodziłam się z większością czytelników i dałam się porwać opowieści o sennym miasteczku akademickim, nietuzinkowych bohaterach i zbrodni, która związała ich wszystkich na wieki.
Do tej pory, gdy wspominam styl i historię opisaną przez panią Tartt jestem całkowicie zachwycona. Wiem, że ktoś może narzekać na przydługie opisy, ale mi one nie przeszkadzały. To dzięki nim możemy dogłębnie poznać narratora książki oraz innych bohaterów, tak skrupulatnie stworzonych.
Gdyby przyszło mi napisać charakterystykę każdej z tych osób, nie wyszłabym z pokoju przez najbliższy rok.

Najgorsze książki 2018 roku 

Oszustka Melanie Dickerson 

Czasami lubię sobie poczytać romanse, czasem lubię zająć swoje myśli jakąś ciekawą książką o średniowieczu. Całkowicie logiczne było to, że spróbuję połączyć obie te rzeczy, ale przysięgam! To był ostatni raz. 
W tej książce nie podoba mi się dosłownie wszystko. Oprócz okładki, ta bardzo cieszy oko. Reszta to jedna wielka pomyłka. 
Bohaterowie są mdli i nijacy, cała historia zmierza w jednym kierunku, a na prawdę historyczną i obyczaje średniowieczne autorka sobie dosłownie napluła. Oczywiście, też nie jestem znawcą tematu, ale raczej wiem, że służąca przebrana za damę zostałaby ukarana, a nie wyniesiona prawie do rangi królowej. Superbohaterowie Marvela mogą się schować; ona uratowała zamek i pana.  
Dla mnie książka zbyt przewidywalna, nudna i do tego głupota bohaterów przelewała się z kartki na kartkę. 

Pani Noc Cassandra Clare 

Tutaj muszę się Wam do czegoś przyznać, mam wrażenie, że mało osób o tym wie. Uwielbiam Dary Anioła i często stawiam je na równi z serią o Hogwarcie, więc moje szczęście z powrotu do uniwersum Nocnych Łowców było ogromne, jednak brutalnie zderzyło się z opasłym tomiszczem. 
W tej książce chyba nie pasuje mi wszystko, zaczynając od samej opowiedzianej historii, a kończąc na bohaterach, którzy są tak płascy i nijacy, że to aż smutne. Clare pokazała nam przecież, że potrafi i może, a potem dała coś takiego... 
Nijak ma się to do tego, co pisała wcześniej i później. Jedyny plus książki to okładka, która jest naprawdę dobrze zrobiona, ale to raczej ukłon w stronę dobrego grafika niż autorki. 

Ugly Love Colleen Hoover 

Ciężko mi cokolwiek napisać o tej pozycji. Prawie jej już nie pamiętam. Trudno wylać też wiadro pomyj na autorkę, którą mimo wszystko lubię. 
Kompletny niewypał. Erotyk z tego żaden, romans kuleje i psychologiczna strona bohaterów również nie jest zbytnio skomplikowana. Plot Twist w książce też był słaby i bardzo do przewidzenia. Całkowicie rozumiem to, co próbowała uzyskać autorka, ale widzę, że się jej nie udało i stworzyła coś, czego nawet się przyjemnie nie czyta. Szybko - tak, ale żadnej w tym przyjemności nie doświadczyłam. 


Temat książek możemy definitywnie zamknąć i klucz wyrzucić. Jedne pozostaną na dłużej, o innych mam nadzieję zapomnieć. Teraz chcę wam napisać/powiedzieć trochę o serialach, które obejrzałam lub zaczęłam oglądać w 2018 roku i mam nadzieję kontynuować w 2019. Jest tego sporo i zrobiło się jeszcze więcej od czasu, gdy mam Netflixa i mniej chęci na czytanie książek. W nowym roku postaram się bardziej panować nad czasem, ale wiadomo jak bywa z tymi postanowieniami. 

Najlepsze seriale 2018 roku 

Peaky Blinders 

Moja jedyna prawdziwa miłość, błyszczący klejnot w kolekcji seriali, które oglądam lub już skończyłam oglądać. Czy jest coś lepszego? Jestem całkowicie pewna, że nie i dla niedowiarków polecam obejrzenie choć jednego odcinka. 
W tej produkcji nie potrafię znaleźć choć jednego, nawet najmniejszego minusa. Wspaniali aktorzy, którzy naprawdę z wielkim zaangażowaniem wcielają się w postacie nietuzinkowe, które się kocha. Thomas, jego bracia i Polly dla mnie są wspaniali, a cała historia opowiadana jest w taki sposób, że człowiek po obejrzeniu jednego odcinka ma wrażenie, że zaraz wyjdzie na ulicę i spotka mężczyzn w kaszkietach, z bronią schowaną za pazuchą marynarki czy płaszcza. 
Gangsterskie porachunki, osobiste problemy i niezrównoważone kobiety to tylko czubek góry lodowej. Każdemu, do znudzenia będę powtarzała Oglądać Peaky Blinders, bo warto. Jestem już w tym momencie, w którym szukam seriali i książek, które są choć trochę podobne, więc możecie polecać. 

Penny Dreadful 

Niby mamy swój tytuł tego serialu, ale Dom grozy kompletnie nie pasuje i jestem całkowicie na nie, by go używać, więc przedstawiam wam Penny Dreadful! 
Jeśli ktoś nie zna, to jak najbardziej poznać powinien, bo wiktoriańska Anglia, Eva Green jako przepiękna i fascynująca Vanessa i wszystkie mroczne postacie z literatury, jakie tylko przychodzą nam do głowy. 
Natknęłam się w sumie przez przypadek i znowu z czyjegoś polecenia, ale jak już zaczęłam oglądać to ciężko było mi przestać i prawdopodobnie gdyby nie praca, to nic więcej bym nie robiła. Plotki głoszą, że ma być kontynuacja, co mnie bardzo cieszy, ale i smuci, bo wątpię, że zobaczymy tych samych aktorów, a bardzo się do nich przywiązałam. 
Ogromnie podziwiam talent aktorski Evy Green, bo dla niej chyba nie niemożliwego. Wciela się w różne postacie i to taki trochę damski Johny Deep, tylko z mniejszą dozą charakteryzacji. Widzicie ją na jakiś zdjęciach i od razu do głowy przychodzą wam jej role. Jeszcze do tego Eva ma bardzo charakterystyczną urodę, którą ja określam mianem niepokojącej, co bardzo widać w tym serialu. 
Całym serduchem polecam, jest trochę straszny, więc jeśli lubicie dreszczyk emocji, to na pewno się nie zawiedziecie. 

W tym zestawieniu najgorszych seriali nie ma, bo nic nie oglądałam na siłę, ale muszę wspomnieć o jednej z produkcji Netflixa, która jest dla mnie tak głupia i nonsensowna, że nie rozumiem dlaczego platforma nie usunęła jej po pierwszym odcinku. Mowa tutaj o Insatiablektóry dla mnie nie powinien zostać wypuszczony na ekrany, internet czy gdziekolwiek w ogóle. 
Serial promuje niezdrowe wzorce i zachowania, argumentując je zemstą i zmianą polegającą na zrzuceniu nadwagi. Ledwo obejrzałam pierwszy odcinek, resztę sobie doczytałam i jednego nie rozumiem. Dlaczego na ten serial jest przewidziana kontynuacja?! 

Plany na 2019 rok 

Ogólnie, trochę ich jest, ale niektóre z nich są zbyt prywatne, by przytoczyć je tutaj. Napiszę tylko o takich blogowych i czytelniczych sprawach oraz w najbliższych miesiącach będę dążyła do tego, by je sukcesywnie spełniać. 

  • Przeczytać 100 książek - wiem, że ogólnie wyzwanie to przeczytanie 52 książek w nadchodzącym roku, ale ja chciałabym iść w 2019 trochę dalej i powtórzyć sukces sprzed kilku lat, gdy książek było ponad sto. Wiem, że jeśli się postaram i zapanuję nad swoim wolnym czasem, to dam radę to zrobić. 
  • Systematycznie wstawiać posty na bloga - tutaj mam na myśli dwa posty tygodniowo, co naprawdę powinnam starać się spełnić, bo mój blog przez ostatnie miesiące trochę kulał i nie chcę ciągle mówić sobie i innym, że praca, szkoła czy coś, bo przy dobrej organizacji swojego czasu jestem w stanie spełnić te cele. 
  • Prowadzić bullet journal przez cały rok - swoją przygodę z własnoręcznym kalendarzem/dziennikiem i muszę przyznać, że chyba nie wrócę do tych standardowych kalendarzy, bo wiem, że mi one nie wystarczą, a dzięki bujo mogę rozwijać się też pod względem kreatywności, co fajnie stymuluje głowę i pozwala się wyciszyć podczas pracy. Niedawno kupiłam nowy notes, nawet coś tam zaczęłam tworzyć. Nie zawsze jestem zadowolona z efektów, ale kij z tym. 
W nadchodzącym roku chciałabym wszystkim, bez żadnych wyjątków życzyć naprawdę szczęśliwych i spokojnych chwil, spędzonych z bliskimi, rodziną i przyjaciółmi. Ogromu fantastycznych książek do przeczytania, spełnienia nawet tych najbardziej błahych marzeń i sukcesów szkolnych oraz zawodowych. Miłości i szczęścia! 

Niech moc wam sprzyja! 

13:08

Jestem Ania - recenzja serialu "Annia, nie Anna"

Jestem Ania - recenzja serialu "Annia, nie Anna"
Ania, nie Anna 

Twórca: Moira Walley-Beckett 

Gatunek: dramat

Czas trwania: 1 godz. (odcinek) 

Premiera: 2017 rok 

Tytuł oryginalny: Anne 


Ania z Zielonego Wzgórza to książka, która jest ze mną od najmłodszych lat. Czytałam ją kilkanaście razy, przeczytałam również inne części z serii i te dodatki, które opowiadają już historię dzieci naszej rudowłosej bohaterki. Serial, filmy na podstawie książek nie są mi obce i podejrzewam, że obejrzałam ich sporo w swoim krótkim życiu. Nie wszystkie mi się podobały, więc do produkcji Netflixa podeszłam z bardzo wielkim dystansem, który wziął się z tego, że pierwowzór uważam za genialny i nic mu nie dorównuje. Tak jest i w tym przypadku, ale Ania, nie Anna ukazuje nam klasyk w całkowicie nowym wydaniu, które jest naprawdę interesujące. 

Ania to sierota, wychowanka domu dziecka, która przez ludzką pomyłkę pojawia się na Zielonym Wzgórzu i zostaje przygarnięta przez rodzeństwo, Marylę i Mateusza, którzy nigdy nie dochowali się własnych dzieci. 
Rudowłosa dziewczynka jest bardzo marzycielską i ciepłą osobą, może nie ideałem, ale takim dzieckiem, które w najbardziej w życiu chce ciepła domowego ogniska i rodziny, którą mogłaby kochać. Ma również wiele ciekawych pomysłów, spostrzeżeń i domysłów, którymi dzieli się z innymi. 

Serial jest bardzo urokliwy i to najlepsze słowo, które go opisuje. Oczywiście, jeśli ktoś liczyłam na perfekcyjne odzwierciedlenie oryginału, to może poczuć się zawiedziony, ale osobiście uważam, że produkcja dzięki nowym pomysłom zyskała naprawdę wiele.
Serial porusza różne tematy, czasami ciężkie lub kontrowersyjne; homoseksualizm, akceptacja siebie, różnice rasowe, feminizm to tylko niektóre wątki poruszane w nowej Ani. Jestem świadoma tego, że nie każdemu się to spodoba, ale ja jestem zachwycona.

Widzimy też przemianę głównej bohaterki, która na pewno jest bardzo skrzywdzonym dzieckiem, ale po pewnym czasie ponownie nabiera zaufania do innych i do siebie, co dla mnie jest bardzo wzruszające. Tak samo zresztą jak relacje pomiędzy Anią, Marylą i Mateuszem. Nie są standardową rodziną, ale starają się jak mogą, cała trójka.
Maryla jest odrobinę szorstka, ale to jak jej miłość do dziecka w końcu zostaje przedstawiona, chwyta za serce.

Uważam, że Ania, nie Anna od Netflixa jest naprawdę wspaniałym serialem, cudownie nagranym i poruszającym tematy, które w naszym społeczeństwie nadal są świeże. Łamie stereotypy i porusza serca; to najważniejsze, co może być. 

13:41

Miłość w chmurach - "Turbulencja" Whitney G.

Miłość w chmurach - "Turbulencja" Whitney G.
Turbulencja 

Cykl: Turbulence (tom 1) 

Autor: Whitney G. 

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece 

Strony: 478 stron 

Tytuł oryginału: Turbulence 

Rok wydania: 2017 rok 

Poprzednie recenzje: - 

- Jeśli przytrafi się panu coś złego, do kogo mamy zadzwonić w pierwszej kolejności?
- Do zakładu pogrzebowego.

Ostatnio nie miałam specjalnej ochoty na czytanie. Nawał obowiązków i różnych spraw sprawił, że raczej skupiałam się na odsypianiu straconych godzin, niż poświęcałam czas dla książek. Ten stan rzeczy utrzymuje się już któryś tydzień z kolei, ale staram się walczyć. I nawet dobrze mi to wychodzi. 

Romanse i erotyki przez pewien czas były na mojej czarnej liście; przeczytałam tak wiele złych pozycji w tych kategoriach, że wolałam wystrzegać się kolejnych rozczarowań, a czas poświęcać ambitniejszej lekturze. Ostatnio jednak w żadnym wypadku nie miałam ochoty na ambitne dzieła, a o Turbulencji słyszałam tyle opinii, ile ludzi i uznałam, że sama zweryfikuje te informacje. 

Pilot po przejściach, zmęczony życiem człowiek, rozwodnik korzystający z własnej aparycji w każdym mieście, w jakim ma kilka wolnych godzin. 
Młoda kobieta, skrzywdzona przez życie i ludzi, podejmuje pracę jako stewardessa.
W taki sposób ich ścieżki ulegają splątaniu na dłuższą chwilę. Jeśli los pozwoli, może na całe życie? 

Już od samego opisu z tyłu książki mocno cuchnie schematami i niemałym rozczarowaniem. Nie mówię, że to zła książka, bo (niestety) czytałam gorsze w swoim życiu, ale autorka, niektórzy recenzenci naprawdę obiecywali bardzo dużo względem tej powieści, a już pierwsze strony mocno sprowadziły mnie na ziemię. 

Klimat książki miał duży potencjał, jeśli weźmiemy pod uwagę samoloty, lotniska, podróże i inne, ale sama pisarka dała nam tylko trochę scen łóżkowych w pokojach hotelowych lub innych miejscach, okazjonalne kłótnie bohaterów (spokojnie, ona zawsze wraca) i przebłyski trójwymiarowości i głębi psychiki, która i tak później zamykała się na zostałem skrzywdzony, więc krzywdzę innych. 
Do tego bardzo przeszkadzały mi absurdy związane z lotnictwem. Sama jakoś nie jestem asem w tej dziedzinie, samoloty zupełnie mnie nie interesują, ale nawet ja wyłapałam te brzydkie minusy, który naprawdę psują całość powieści. 
Pilot wychodzący z kokpitu i uprawiający seks w toalecie - absurd nad absurdami, tym bardziej, że Jake zostawił sterowanie komuś, kto był całkowicie zielony i nieprzygotowany na różne wypadki. Takie zachowanie dyskwalifikuje nawet najlepszego pilota. Takich rzeczy zwyczajnie nikt, by nie zrobił. 
Lądowanie, wodowanie na oceanie. I to nie jest tak, że oni wylądowali blisko lądu, wyspy. Gdzieś tam, w szczerym polu, bez szans na ratunek. Przeżyli prawie wszyscy. Mnie to bardzo rozbawiło. 

Autorka mocno też nadużywała niektórych wyrazów, co podczas dalszego czytania było mocno niesmaczne i psuło wrażenie. Ogólnie książkę czytało się bardzo szybko, ale wyjątkowo dużo razy musiałam się powstrzymywać od rytualnego spalenia tej powieści. 

Największym minusem są bohaterowie, których nie odróżnia zupełnie nic od schematu, którym najczęściej posługują się pisarki erotyków, romansów. On musi być skrzywdzony. Ona oczywiście też, ale nie w takim stopniu. Ranią siebie nawzajem, ale wracają. Ciągle, nieważne, co się dzieje. 
Męczący do bólu, Jake był zwyczajnie chamski i prostacki, a nie tajemniczy. Tutaj jest bardzo wyraźnie ukazane przedmiotowe traktowanie wszystkich kobiet, jak leci. Jakby nie można było napisać erotyka, gdzie dwójka bohaterów szanuje się nawzajem i przy okazji nie krzywdzi tabunu ludzi. 

Pomimo ciekawego stylu, te wszystkie minusy jednak bardzo przeważają na tą złą opinię. Książka Whitney G. jest pełna schematów, nudna i granic przewidywalna. Zdarzają się dobre erotyki, ale ten do nich na pewno nie należy. I nie piszę tego złośliwie. 

14:16

Grudniowe plany - pieczenie pierniczków, świąteczne filmy i praca.

Grudniowe plany - pieczenie pierniczków, świąteczne filmy i praca.
Z domu wyprowadziłam się już prawie pół roku temu. Zaczęłam swoją pierwszą pracę (kończę okres próbny, nawet mnie nie zwolnili) i nadal mam okropny problem z organizacją czasu. Blog trochę ucierpiał a, lista książek do przeczytania rośnie. Tylko seriale idą mi w miarę sprawnie.
Zbliżają się moje pierwsze "dorosłe" święta, jakkolwiek absurdalnie to brzmi.

Co z tym zrobić? Staram się, naprawdę staram się jakoś ogarnąć to moje życie na tyle, by przestało przypominać pudełko pełne niespodzianek. Nie zawsze mi się udaje. Raz jest lepiej, a raz gorzej. Uznałam, że jeśli napiszę post na bloga z planami na grudzień, istnieje szansa, że może zrobię nawet 1/3 z rzeczy, które zaplanowałam.
Jak to będzie? Nie sposób przewidzieć. Wiadomo, z jednej strony praca i to w godzinach nocnych/wieczornych. Muszę to odsypiać, robić pranie i milion innych rzeczy. Gdzieś za plecami jawi mi się też widmo szkoły i egzaminów, które zaczynają się 4 stycznia. Nie mam pojęcia, jak ja (urodzona humanistka, ledwo zdająca z matematyki) znalazła się na mat-geo i zaczęła ogarniać matematykę na poziomie rozszerzonym. Moi dawni nauczyciele pewnie prędzej daliby sobie rękę uciąć, niż postawić na Dominikę i królową nauk. Nie byłoby to dla mnie zbyt przykre. Liczby nigdy nie były moją mocną stroną.

1. Oglądanie świątecznych filmów. 
Teoretycznie z tym nie powinno być żadnego problemu. Włączę film, zacznę robić notatki lub kupię coś dobrego, wino i czas jakoś zleci. Gorzej jeśli nagle odechce mi się świąt, starszego grubego pana z brodą i reniferów, a wrócę do starego, dobrego Marvela, co notorycznie robię.
O dziwo nie potrafię oglądać nowych produkcji. Wolę raczej te wypróbowane, przy których nie zanudzę się na śmierć lub nie będę wywracała oczami co pięć sekund.


Kronika świąteczna - dar posiadania Netflixa sprawił, że oglądam za dużo seriali, ale ten jeden raz wykorzystam go w dobrym celu.
Dwójka dzieciaków, nowoczesny Mikołaj - to przepis na wielką katastrofę. Teoretycznie większa część produkcji Netflixa to klapa. Wypuścili świąteczne filmy, więc pozostaje mieć nadzieję, że wyszło im to dość dobre. Inaczej ja i Święty Mikołaj wpisujemy ich na czarną listę.

Zamiana z księżniczką - temat bliźniaczek, klonów i dubli został już tak wykorzystany w filmach, że naprawdę nie wiem na co liczyć. Są dwie opcje:
a) fajna komedia romantyczna, przewidywalna acz zajmująca i zabawna
b) nudne, oklepane schematy i próżni bohaterowie, których ma się ochotę zbić rózgą i postawić do kąta
Liczę na te pierwsze, choć realistyczne podejście każe mi szykować się na drugą wersje. Zobaczymy, co się wydarzy. Pewnie dam znać w recenzji filmu lub w podsumowaniu grudnia.

Świąteczny kalendarz - kolejna komedia romantyczna.
Brakuje mi miłości w życiu, bo swojego kota zostawiłam z mamą i tylko czasami dostaje zdjęcia tej małej puchatej kulki, która podkarmiana przez wszystkich domowników niedługo będzie mogła robić za kulę śnieżną. Naprawdę urosła!
Cukru w zwiastunie nie brakuje, liczę, że ewentualny zawód nie będzie zbyt duży. Zostaje tylko czekać na 1 grudnia. Wtedy chce rozpocząć oficjalne oczekiwanie na święta. I śnieg, którego nadal brakuje.


Trzy filmy to niezbyt dużo, ale podejrzewam, że jeśli coś nawinie mi się pod rękę, to też dodam to do swojej listy. Tylko Kevina definitywnie sobie odpuszczam. W tym roku naprawdę zostanie sam.

2. Świąteczne prezenty dla najbliższych. 
Święta to naprawdę dobry czas, żeby wysłać paczkę do domu. Moja młodsza siostra jest rodzinną artystką. Mam już dla niej prezent. I nadzieję, że się z niego ucieszy.


Gorzej jest z mamą i ojczymem, tutaj raczej czeka mnie wielogodzinne chodzenie po sklepach i szukanie idealnego podarunku, który wpasuje się w ich gusta. Na pewno nie będzie to kubek, moja kochana rodzicielka dostała ich ode mnie wystarczającą ilość na najbliższe dziesięciolecia. Na pewno planuję zakup czegoś słodkiego w dużej ilości. Trzymajcie kciuki żebym tego nie zjadła.

3. Playlista. Coraz bliżej święta.
Słuchanie takich piosenek w listopadzie to przesadza, tym bardziej, że pogoda jest raczej mocno jesienna. Za to grudzień to czas, gdy z głośników i słuchawek bezkarnie mogą płynąć dźwięki świątecznych (w tym poście nadużywam tego słowa) piosenek. Zaczynamy od klasyków, a kończymy na coverach, których w odmętach internetu jest tak wiele. Muszę się tylko pilnować, by playlista nie trwała do ośmiu godzin.

4. Pierniczki, babeczki i ciasta. 
Lubię słodkie, nie ma czego ukrywać. W domu, w przedświątecznym szale często robiłyśmy więcej ciast i różnych słodkości niż normalnego jedzenia.


Planuję zrobić pierniczki ze swojego przepisu, nie z pudełka. Zatem modlitwy do bogów o jadalne łakocie nie będą wcale zbytnią przesadą.

5. Lampki, kubki, koce i SKARPETKI. 
Ciepłych skarpetek nigdy dość. Rzeczy z motywem pingwinków, bałwanków, elfów, reniferów i prezentów także.


Kubek już mam, jest bardzo uroczy. Cierpię jednak na chorobę jestem-sroką-i-lubię-ładne/świąteczne-rzeczy. Trochę przypał, ale nie po to męczę się po dziewięć godzin dziennie, żeby chować do skarpety. A brak pieniędzy na jedzenie to tylko inny rodzaj diety. Żartuje, tak źle nie jest, jednak kocyk czy fajne skarpetki posłużą trochę dłużej niż na sam okres świąt. Czuję się więc w 100% usprawiedliwiona.

6. Czytanie. 
Książki, dużo książek. To marzy mi się przez ostatnich kilka tygodni. Najlepiej do tego dodać jeszcze kilka energetyków, parę kubków kawy i jakieś słone przekąski, żeby nie musieć zbyt często wychodzić z domu.
Nigdy nie byłam tym typem człowieka, który przez Halloween czytał straszne horrory, a przed Walentynkami ckliwe romansidła.


Najczęściej jest tak, że czytam to, na co mam w tym momencie ochotę. Nie krępują mnie żadne oczekiwania i zasady, którymi miałabym się kierować.
W tym roku nastał czas zmian. Uznałam, że minimum trzy książki, które planuję przeczytać muszą w jakiś sposób wiązać się ze świętami Bożego Narodzenia. Uważam to święto za bardzo komercyjne i przyjemne w odbiorze, choć czasami sklepy za bardzo spieszą się z nastrojem i przesadzają.

Światło, Jay Asher - autor słynnego serialu zekranizowanego przez Netflixa na jakiś czas poszedł w odstawkę, jeśli chodzi o jego książki. Uznałam jednak, że ta lektura dotycząca właśnie świąt pomoże mi wrócić do jego stylu.
Liczę na coś bardzo ciepłego, ale też zbytnich oczekiwań nie mam. Jestem świadoma tego, jak łatwo można się na nich zawieść.
Święta to czas wybaczenia, więc wszystkie ewentualne błędy w tej powieści wybaczam już z góry.

Mikołaj na zamówienie Jenika Snow i Jordan Marie - mój współlokator już zaznaczył, że nie wolno mi tknąć tej książki. A na mnie działa to jak płachta na byka. Planuję ją kupić, uzbroić się w zapas cierpliwości i czytać. Literatura wysokich lotów to to nie jest, ale może zajmie mi czas pomiędzy jedną, a drugą zmianą w pracy. Jeśli okaże się bardzo zła, dowiecie się w recenzji. Minus za okładkę, bo bardzo mnie peszy. Jest taka... Oczywista w przekazie.

Świąteczny list, Elyse Douglas - tutaj moje oczekiwania względem książki są bardzo duże. Jednym z powodów jest opis na Taniej Książce, sugerujący połączenie romansu, kryminały i fantastyki. Może się to okazać katastrofą lub wygraną w zależności od tego, jak autorka poprowadziła całą historię.

7. Wyjście do kina/muzeum/teatru (dowolne zakreślić). 
Pora przestać spędzać 90% swojego wolnego czasu w domu. Nie jest to pożyteczne ani dobre, więc uznałam, że od grudnia częściej będę wychodziła na miasto i może nawet poznawała jakiś ludzi.


Czas lepiej poznać Koszalin, znaleźć swoje ulubione miejsca i rozwijać się pod względem społecznym, bo bardzo to zaniedbałam. Trochę przez pracę, a trochę przez swoje wrodzone lenistwo (spokojnie, walczę z nim).

Siedem punktów. Dla niektórych dużo, inni wezmą to za nic szczególnego.
Dla mnie to takie wyzwanie pod tym względem, by przypilnować samą siebie, by to wszystko zrobić. Wiadomo, zakupy są rzeczą prostą i mało skomplikowaną. Reszta jest dla mnie czymś innym, trochę nowym, więc bardzo trzymam za siebie kciuki. Tym bardziej, że denerwuje się egzaminami. Już teraz wiem, że z matematyki idzie mi stosunkowo dobrze, polski jak zwykle, ale reszta przedmiotów to jedna, wielka niewiadoma.

Co Wy planujecie robić w grudniu? Macie jakieś konkretne plany, może marzenia czy zdajecie się na ślepy los? Koniecznie dajcie znać, jak podobał się Wam post i dzielcie się swoimi planami na te magiczne trzydzieści dni.

P.S. Na moim bookstagramie, w wyróżnionych relacjach będziecie mogli na bieżąco śledzić moje postępy i dni. Nie jestem pewna, czy będzie tego bardzo dużo i jakie to będą zdjęcia, ale na pewno będę starała się coś Wam przekazać z tych przygotowań i planów.



Copyright © 2016 Oddychajaca ksiazkami , Blogger